Widok z balkonu willi w Lanckoronie
to panorama bitwy nieskończonej,
pola po których nie popędzą konie,
póki nie będzie zboże wykoszone.
Na pochyłościach rozłożone paski,
żółte, zielone wstążki od orderów,
których nie noszą, jedyne oklaski
to skrzydła ptaka wśród zboża szpalerów
Lanckorona, Lanckorona
rozłożona gdzie osłona
od spiekoty i od deszczu,
od tupotu szybkich spraw.
Stół nakryty wyostrza łyżki profil
a cerata pod nią błyszczy się w kratkę.
Kształty i wzory, dla których chlorofil
to jest dzbanek na miętową herbatkę.
Widok na stronę dojrzałej przyrody
przesila się w oku w nawałnicę ziół.
Dmą aromatów przezroczyste kłęby,
rozległa forpoczta wyplecionych buł.
Lanckorona, Lanckorona
rozłożona gdzie osłona
od spiekoty i od deszczu,
od tupotu szybkich spraw
Stroma uliczka wiedzie do piekarni,
stygnie na półkach zwyciężona gleba.
Młoda piekarka sypie dla ptaszarni
pachnące ziarno w kształcie grudek chleba.
Ziarna dla ptaka, ziarna dla człowieka
a dzikie chaszcze dla wiatrów muzyki.
Miejsca na które mało kto dziś czeka,
czasem z makatki piękny jeleń dziki
Lanckorona, Lanckorona
rozłożona gdzie osłona
od spiekoty i od deszczu,
od tupotu szybkich spraw.
Oddal żal, oddal żal...
Serce skuczy
niby psiak
serce płacze
jeszcze jak
Ty z odmętu
zbudź się zbudź
i wróć prędko
prędko wróć
Dzień bez ciebie
to nie to
bezmiar ciszy
albo dno
Znikły miary
Zmarniał świat
brak harmonii
chaos wag
Tyle wiosen
tyle zim
a jedyna
jedna ty
Gdzie ty jesteś
spiesz się spiesz
mej tęsknocie
połóż kres
Dzień bez ciebie
to nie to
bezmiar ciszy
albo dno
Czas bez ciebie
nie ma dat
zero godzin
pustka lat
Oddal żal, oddal żal...
Nie daj czekać
Oddal żal
ty mi powróć
ty mnie scal
Ty z odmętu
zbudź się zbudź
i wróć prędko
prędko wróć
Dzień bez ciebie
to nie to
bezmiar ciszy
albo dno
Nie daj czekać
Oddal żal
ty mi powróć
ty mnie
ty mi powróć
ty mnie
ty mi powróć
ty mnie scal
Oddal żal, oddal żal...
Na parapecie wsparta
siedzi w niebieskiej sukni
nazywa się na pewno
na pewno marta
lub może jeszcze smutniej
siedzi w otwartym oknie
i czyta stare wiersze
przebrzmiałe bezpowrotnie
jak pocałunki pierwsze
litery drukowane
przed jej oczami skaczą
w jej sercu niezakochanym
jesienny dzień się zaczął
na parapecie wsparta...
spogląda obojętnie
w ulicę spowszedniałą
tam gdzie dziewczyny
skrzętnie
sprzedają swoje ciało
spogląda i zazdrości
i w dłoniach oczy chowa
że nawet takiej miłości
los jej nie podarował
nie podarował
na parapecie wsparta
siedzi w niebieskiej sukni
nazywa się na pewno
na pewno marta
lub może jeszcze
smutniej